Wspomnienia rotmistrza Marka s Lęborka Z drugiej wyprawy do krajów niemieckich Anno Domini MCDLXXV
: wt wrz 30, 2025 10:27 pm
Wspomnienia rotmistrza Marka s Lęborka
Z drugiej wyprawy do krajów niemieckich
Anno Domini MCDLXXV
________________________________________
Dnia 18. Septembris, Anno Domini 1475
Po ustaniu zatargu między Turyńczykami a Saksończykami zwolnieni byliśmy ze służby u Wilhelma pana saksońskiego. Z żołnierstwem mem przez czas jakiś błąkaliśmy się po ziemiach niemieckich. Gdy tedy wieść do nas doszła, iż zgoda między zwaśnionymi znów pęka i walki wznowione być mogą, udaliśmy się ku naszemu mocodawcy chętni służyć dalej Saksończykom. Lecz ów, imieniem Jake Benoadenhent, dowódca Saksończyków, nas przyjąć nie raczył.
Ponieważ sakiewki nasze próżnieć zaczęły, zwróciliśmy się do Krystofa Czecha, jednego z dowódców rot czeskich. Tenże chętnie na warunki nasze przystał i kazał niezwłocznie udać się do Turyngii oraz stawić się przed rotmistrzem Pavlem.
Pod wieczór dnia osiemnastego września przybyliśmy pod zamek brandenburski w Lauchroden tenże sam, któregośmy nieudolnie oblegali w czasie poprzednich zatargów. Tamże stawiłem się przed obliczem poleconego rotmistrza, ten nam miejsce obozu wyznaczył i przez żołnierza swego, Mike’a, posłał zaliczkę ku poczetowi służby naszej.
________________________________________
Dnia 19. Septembris, Anno Domini 1475
Rankiem zjawił się w obozie naszem sam Konrad Katz von Katzenstein z rotą knechtów niemieckich, kuszami i kordami uzbrojonych. Zastał nas przy posiłku i przy reperowaniu zbroi. Przybył po pieniądze, które od Czechów otrzymałem; pytał, ile mi dano, i żądał, bym je mu oddał, aby on je sprawiedliwie podzielić mógł, gdyż ponoć bez wiedzy jego czesi je wzięli.
Rzekłem mu tedy prosto, iż dali nam jedynie kilka groszów, skromną zaliczkę i zwrot kosztu drogi, a dokładna suma jest rzeczą moją prywatną, nie zaś rzeczą jego. Gdy Katzenstein, nie ustępując, naciskał, ażebym wyłożył mu każdy grosz, odrzekłem ostro, by się od mego mienia odczepił i pilnował własnych interesów. Zapytawszy mnie, czy wiem, z kim rozmawiam, odparłem, iż owszem wiem, lecz dla mnie to rzecz małej wagi bo Czechy nam płacą, nie on, jeśli tedy pragnie wierności mojej, niechaj zapłaci mnie i ludzi moich, albowiem za zapłatą przychodzi i wierna służba.
Słowa te nie spodobały się wielkiemu panu wcale. W gniewie chwycił ku mieczowi, i sztychem się na mnie zamierzył, lecz szczęściem dlań klinga jeszcze w pochwie złożona była. Pochwyciłem tedy i odrzuciłem schowane ostrze, a pospołu z tym chwyciwszy miecz i pawęż jednego z ludzi moich, zawołałem głośno, iż jest złodziejem i że nie pozwolę, aby mnie kto obrabował lub znieważył w obozie moim.
Lud mój natychmiast porwał, co kto miał pod ręką, i ruszył ku mnie, szczęk broni, krzyk i gniew z miejsca rozbrzmiały wśród namiotów; sytuacja zgęstniała i blisko już było do rozlewu krwi. Na szczęście wtem przybył rotmistrz czeski Pavel, a ujrzawszy go, Niemce szybko wezwali go na świadka, a mąż ten rozważny, gniew ostudził i do ugody między mną a von Katzensteinem doprowadził.
Niedługo potem zwiadowcy donieśli, iż wojska nieprzyjacielskie zbliżają się ku zamkowi, i tedy zamiast waśni między sojusznikami należało się szykować ku bitwie; spór uśpiono więc dla wspólnej obrony, a my zabraliśmy się do przygotowań.
Poszliśmy tedy ku zamkowi, by radzić się nad taktyką starcia z nieprzyjacielem. Na naradzie, oprócz Konrada Katze von Katzenstein i rotmistrza Pavla, stawili się z naszej strony Czech Mike (co mnie zaliczkę przywiózł), rotmistrz strzelców niemieckich Christoph oraz rotmistrz austriackich knechtów Christophe. Burgrabia z rotmistrzami wszakże sądzili, iż honor i rycerskie obyczaje wodzów saksońskich sprawią, iż pozwolą nam rozstawić nasze wojska i przyjąć walną bitwę; i tak ułożono plan prosty, acz śmiały: hufiec Czechów miał być młotem, my mieliśmy służyć jako kowadło, Niemce prawą flanką, Austriacy zaś odwodami.
Po naradzie wróciliśmy do obozu, by przysposobić wojsko do bitwy. Jako że nie ufałem sprytowi Jaka i Arnego, dowódców Saksońskich, a ich chytre obyczaje poznałem podczas poprzednich działań, posłałem kusznika Daniela z Runowa z powrotem na zamek, by obserwował pole na którym potykać nam się przyjść miało. Zwiadowca wrócił z wieścią, iż wróg stoi nie w poprzek pola jak zakładali czesi, lecz na wzniesieniu pozycja ta była dogodna dla nieprzyjaciela; rotmistrz Pavel jednakże rozkazał wymarsz jedynie ze zmianą kierunku natarcia.
Po naradzie wróciliśmy do obozu, by przygotować wojsko do potyczki. Jako żem nie ufał łaskawości Jaka i Arnego, wodzów saksońskich, bo ich chytre obyczaje poznałem w czynach wcześniejszych, strzelca Daniela z Runowa z powrotem na zamek posłałem, aby bacznie obserwował pole, na którem nam przyszło będzie walczyć. Człek ten wrócił z wieścią, iż wróg nie stoi w poprzek pola, jakże sądzili Czesi, lecz na wzniesieniu; pozycyja ta dawała saksończykom przewagę wielką. Rotmistrz Pavel jednakże, mąż roztropny i stanowczy, rozkazał wymarsz bez zwłoki, tylko kierunek natarcia miał być zmienion, i tak gotowi szliśmy zgodnie z poruczeniem.
Na szpicy mego hufca posłałem Marjusza z Runowa, by zwiadował i donosił wszelkie przeszkody. Weszliśmy do lasu i szliśmy wąską drogą pod górę, gdy zwiad doniósł, iż na górze zasadzili się na nas strzelcy wroga. Przodem wysłałem trzech pawężników dla osłony; droga była tak wąska, że trzech wystarczyć miało. Poprosiłem Christopha, by dał kilku Niemców z kuszami na wsparcie. Ruszyliśmy powoli, mieniając się bełtami z nieprzyjacielem.
Gdy prześwit się ukazał i pole otworzyło przed oczyma naszemi, posłałem tam Marijusza, aby pozycję nieprzyjaciela wybadał. Ten rychło powrócił, niosąc wieść, iż droga zawarta była przez oddział niewielki, acz w odwodzie był i następny. Poradziłem tedy rotmistrzowi Pavlowi, aby jego rota wybiegła prześwitem i przepłoszyła przeciwnika; za Czechami podążyłem z ludźmi swemi, a za nami ciągnęli Niemce i Austriaki. Rozstawiliśmy się na polu podług planu i ruszyliśmy naprzód ku nieprzyjacielowi.
Strzelców wroga, co z góry gradami bełtów na nas spadali, cofnęliśmy mocnym naporem; lecz gdyśmy weszli na wzniesienie, ujrzałem po stronie prawej dwie kolejne roty nieprzyjaciela, które ku naszej flance się zbliżały. Doniosłem o tem Pavlowi, a on nakazał rotom czeskim szarżę na stojący wyżej hufiec nieprzyjacielski. Gdy Czesi w górę biegli, z góry runął na nas inny hufiec wroga, a obie prawe roty uderzyły w bok nasz. Rotę moją obróciłem, by cios odeprzeć, lecz przewaga pozycji i liczby była po stronie Saksończyków. Wtem na tyły nasze jazda nieprzyjacielska natarła, co całkiem pobiło szyki nasze i zmusiło nas do odwrotu ku zamkowi. W potyczce owej ciężko ranny został Marcin, którego zwali Szewcem: lewa ręka jego rozszarpana była srodze, i boleść tę aż po dzień dzisiejszy nosi.
Gdy zmierzchło na zamek zawitał Tomas s Pragi, co przednio komendę nad wojskiem Turyngii sprawował; kazał on, by listy po posiłki słać, a zadanie to Austriakowi Christophowi i jego knechtom powierzył. Po powrocie do obozu spotkałem dziesiętnika mego, Igora z Niekli; jemu bezpieczeństwo obozu powierzone było, a hasło dnia przekazałem, by Niemców i Austrijaków z listami poza obóz puścić.
________________________________________
Dnia 20. Septembris, Anno Domini 1475
Z rana, na radzie przyszły do nas wieści, iż wróg ruchy wojski w okolicy zamku poczynił; powiedziano nam także, iż dziś Saksończykom przybędą posiłki z bronią, prowiantem i pieniądzem. Rozkazy tedy brzmiały okolice patrolować, ciężkich i ryzykownych starć unikać kiedy można, a mniejsze oddziały wroga poławiać i rozbijać. Przed południem mieliśmy zebrać się z Czechami, Niemcami i Austriakami blisko miejsca, gdzie wróg rozstawił wagenburg by współ go przejąć.
Przewidując trud i możliwe uciążliwości walk, a znając dobrze teren, postanowiono, iż patrolować pójdziemy nie w pełnej zbroyi, lecz w hełmach jeno i z bronią przy boku; stoły nasze przerobić mieliśmy na pluteje, by dały nam większą ochronę i ułatwiły podejście ku wrogowi. Zleciłem tę pracę Robertowi, cieśli w rocie; z nim wysłałem Dawida z Krakowa i Jana ze Świdwina z Mają.
W pobliskiej wiosce napotkali oni człeka imieniem Bärt, co wóz i konia Rufusa miał, a za drobną opłatą zgodził się ów wóz z plutejami podwieźć blisko wagenburga. Broń zaś ukryć mieli w wozie i udawać kupców, niosąc wielki zapas wody na sprzedaż tak, by nie wzbudzać podejrzeń i by swobodnie podjechać ku miejscu przewidzianemu.
Wyruszyliśmy tedy okolice stróżować. Prędko do pierwszego punktu doszliśmy, lecz jako schodziliśmy ku drugiemu, zwiadowca mój doniósł, iż na dole zastawiony jest oddział piechoty mocno uzbrojonej, a także jazda przy nim stoi. Wycofaliśmy się tedy mijając ich skrajem lasu, ruszyliśmy ku miejscu, gdzie wagenburg powinni postawić. A tamże droga również zamkniętą była. Nie chcąc sił naszych nadwerężać, obrałem drogę przez gęsty las, po stromym zboczu, aby między dwoma zgrupowaniami nieprzyjaciela się przedrzeć.
Na krańcu lasu obaczyliśmy z lewej strony rotę piechoty, która nam wcześniej drogę zagradzała; z prawej zaś stała jazda, której barw spostrzec nie mogliśmy. Marijusza posłałem tedy, aby naturę jej rozpoznał i, gdyby nasi byli, by im propozycję wspólnego uderzenia zaniósł.
Gdy wrócił z wieścią, iże to nasza jazda pod wodzem Janem z Warszawy, radość wielka w sercach naszych zrodziła się, i na znak nasz jazda oto ruszyła, by uderzyć wroga. Saksończycy zaczęli się wycofywać; pod naporem naszej siły uciekli ku lasowi. Jazda drogą ku wagenburgowi poszła, my zaś krótszą ścieżką przez las ruszyliśmy aby ich wesprzeć, wagenburg zaś był obsadzony siłą piechoty i zebraną jazdą.
Gdyśmy spostrzegli, iż jazda Jana z Warszawy ku wagenburgowi się wyłania, wyszliśmy z lasu, by wspólnie sił przeciw nieprzyjacielowi próbować. Lecz rychło zepchnięci zostaliśmy przez ich jazdę z powrotem w gęstwę lasu, gdzie jeszcze jeden oddział piechoty stanął przeciw nam.
Korzystając z zawieszenia broni, które po kilku potyczkach panowie rycerze zgodnie ogłosili, ustawiliśmy się po drugiej stronie polany, planując przecisnąć się na tyły nieprzyjaciela i tam spotkać się z naszymi kupcami. W temże momencie nadciągnęły roty obu Christophów; Czesi zaś byli niewidoczni. Jazdy zderzyły się w potyczce; zarówno nasza konnica, jako i saksońska zaczęły się wycofywać — a my zostaliśmy wobec przeważających sił wroga.
Rzekłem tedy sojusznikom o zamiarze przejścia na tyły nieprzyjaciół, by pluteję odebrać; a ci zgodzili się pójść z nami. Gdy mijaliśmy wagenburg, Saksończycy szydzili i trudno było powściągnąć chęć chwycenia broni; lecz rozum przeważył nad gniewem. Z Niemcami i Austryjakami dotarliśmy na drogę przed wozem z przesyłką, który ku szczęściu naszemu niebawem przybył.
Stawiwszy pluteje pod wagenburg, gońca do Czechów słaliśmy; ci przybyli w porę i wespół przypuściliśmy pierwsze natarcie, mające przeciwnika przestraszyć. Po ówczesnym uderzeniu rota moja z plutej, pod osłoną tarcz, przeszła na lewe skrzydło Czechów; stamtąd uderzyliśmy znów. Siła wojsk naszech pogrom obrońcom wagenburga przyniosła tak, iż wielka ich część poległa, niektórzy uciekli, zaś garstka, która we wnętrzu była, twierdziła, iż honor nakazuje im bronić się do końca żywota. Czesi wdarli się do środka i tak im ten honor oddali.
Czechom zaś pomogli ci z nas, którzy najgorętszą krew mieli. Babij z Lubowidza, Jakub zwany Niemiec i Tomasz zwany Matulsem pod przewodem Krzysztofa z Torunia wdarli się w szeregi nieprzyjacielskie i wielki tam siali chaos. W ferworze boju prawie kilku Czechów z Saksończykami pomylili — co przy tem poprzednim krwawym zmieszaniu braci nie dziwiło.
Gdy załoga wagenburga wybita została, dzielenić łupy poczeliśmy; lecz rychło nadciągnęły nowe siły saksońskie. Zgodnie z ustaleniami nie weszliśmy do wnętrza wagenburga jego środek za pułapkę śmiertelną uznając, miast tego obstawiliśmy dwa główne przejścia: szersze przejście powierzyli Czesi, Niemce i Austriaki; węższe natomiast nam przypadło.
Gdy siły Saksończyków wyszły spod drzew, napotkaliśmy przed sobą Włochów; ich oficer przyszedłszy usiłował nas sprowokować, a nawet wzywał bym do zapasów z nim stanął. Nie bacząc na to, rzekłem, iż chętnie kupię ich służbę, i za taką propozycją Włosi ku drzewom czmychnęli. Wkrótce potem przyszedł do mnie Tomas Czech z prośbą, kilku ludzi mu kazałem posłać pod przewodem Jakuba z Piotrkowa, by mu pomoc dali.
Italczycy znów wyszli i część ich wtargnęła na tylne nasze szeregi; tedy posłałem kilku chłopaków pod wodzą Tomasza s Lublina, aby im się przeciwstawić i wyrżnąć ich nim schronią się w lasach.
Jarosław s Mazowsza przeszukał miejsce i doniósł, iż reszta Włochów wraz ze wspierającymi ich Saksończykami się wycofała; to zaś pozwoliło nam obejść zarośla i uderzyć na flankę nieprzyjaciela. Czesi wtem ruszyli w szarży z okrzykiem, a my ich z boku docisnęliśmy aż do samej krawędzi lasu, a chaos znów wdarł się w ich szeregi.
W tejże bitwie zasłużył się wielce Daniel s Malborka, któren nie bacząc na to, iż poza linią nieprzyjaciela był, czterech Saksończyków pogonił i ich powalił. Wróg wpadł w niedolę wielką i wnet zaczął prosić o odstęp i negocjować odwrót. Po starciu Konrad Katz von Katzenstein przyszedł ku mnie, chwaląc męstwo mej roty, obiecał dodatkowe pieniądze i piwo na wieczór w podzięce. W dobrem tedy humorze wróciliśmy do obozu i zabraliśmy się do przyrządzania strawy.
Ledwo jadła skosztowawszy, nadszedł posłaniec od Tomasa z Czechów, iż Saksończycy nadciągają z nowymi siłami ku zamkowi. Prędko tedymśmy broń pochwicili i ruszyliśmy pod zamek zachodni; tam spotkaliśmy Czechów, Niemców i Austriaków. Nam zadanie dano byśmy drogę do wschodniego zamku stróżowali i gdyby wróg przedarł się przez naszych pomoc im dali.
Saksończycy długo nie kazali na się czekać; rychło ruszyli naprzód, lecz napór ich zatrzymała dzielna pika czeska i grad bełtów niemjeckich na skrzyżowaniu dróg. Gdy siły germańskie osłabły, pospieszyliśmy im w pomoc częścią roty naszej, uderzając z flanki w godzinie, gdy Czesi z przodu parli. I tak spuszczony został wróg z góry na dół wzgórza. Potem tedy powróciliśmy do zamku wschodniego, albowiem w zachodnim została jeno garść załogi.
A gdyśmy na wzgórze dotarli, Saksończycy artylerię swą rozstawili i na ostrzał zamek wschodni więli. Sami zaś rozbili obóz pod wzgórzem; jedli, pili i poczywali, gdy my nękani byliśmy kulami z dział. Widok ten wielce żołnierzy moich drażnił, a znużenie wzrastało, tak iż wielu snem ciężkim usnęło.
Gdy straże czujne doniosły, iż wróg ku nam podchodzi, obudziłem rotę moją; źli byli okrutnie od niewyspania i głodu. Kazałem im skryć się z pluteją za wieżą zamku, by w zasadzce trwać. A gdy Saksończycy blisko podeszli, rozgorzała wymiana bełtów z obrońcami stojącymi na murach. Żołnierze moi palili się do bitwy, pragnąc spuścić saksońskiej krwi.
Po znaku, który Tomas dał, wyprowadziłem rotę zza wieży i spuściłem psy wojny. W furii wielkiej żołnierze moi popchnęli Saksonów w dół z drogi, a ja musiałem ich hamować, by nadgorliwość w pułapkę nas nie wiodła. Potem wieść doszła, iż Saksończycy zachodni zamek przejęli i tamtejszą nieliczną załogę krwawo wybili. Do zamku zachodniego tedy się cofnęli i do obozu niżej rozłożonego. My zaś straż zostawiliśmy na drodze, a sami z kilkoma Czechami do obozu powróciliśmy.
Na wieczornej naradzie postanowiono, iż trzeba nieprzyjaciela pozbawić dział i prochu, bo ostrzał szkody w murach znaczne poczynił. Austryjak Christoph znów podjął się nocnej wycieczki.
Tedy, gdy z narady powróciłem, przy namiotem mem stał Michał s Gdańska z wieścią, iż posłaniec od Jaka przyszedł, a dziesiętnik nasz Igor rozkazał, by go przetrzymać pod strażą, bo nic mówić nie chce, ino że chce się ze mną widzieć. Nakazałem tedy, by go przyprowadzono; i oto pachołek miał dla mnie list, w którem pan jego wspominał nasze wspólne walki w czasie poprzedniego zatargu i zachęcał mnie do przejścia na stronę Saksończyków obiecując w imię księcia Wilhelma ziemie i tytuły dla mnie, a jako wyraz miłości i hojności pana saksońskiego dorzucając jeszcze sto srebrnych groszów. Taką to propozycję, zważywszy na czyny nasze, odebrałem jako ujmę i znieważenie.
Posła wpuściłem i żołnierzom Ksaweremu i Danielowi Czarnemu poza obóz odprowadzić kazałem. Następnie posła do Kapitana Saksończyków słałem, by rzekł mu, iż nie mniej niż trzysta groszów na głowę muszą nam Saksończycy zapłacić.
Gdy posłaniec mój do nieprzyjaciela chodził, zebrałem pozostałych dziesiętników, by z nimi propozycję omówić; poza Maciejem s Lęborka wszyscy byli za pozostaniem z Turyngią, lecz zdawali się na moją decyzję i czekali, co rzeknę.
Gdy człek mój wrócił rzekł, iż Saksończycy skłonni są zapłacić jeno połowę żądanej stawki, poleciłem mu, by umówił mi widzenie z Jakem. Saksończyk ów przyjął mnie do namiotu swego, a tam wynegocjowałem sumę dwustu groszy, połowa miała być dana z góry, połowa po wykonaniu roboty. Ustaliliśmy też warunki w zależności od taktyki, którą przyjmie Czech, czy ostawi nas na drodze, czy cofnie do zamku, że wykonam zadanie dla Saksończyków.
Gdyby nas cofnięto do zamku, miałem z moimi ludzmi zastawić bramę i potem, udając popłoch, uczynić zamieszanie w czeskich szykach, rozproszyć je i w ten sposób Saksończykom drogę do zamku otworzyć. Jeśliby zaś rota moja miała pozostać na drodze, mieliśmy tam spotkać się z nowym sojusznikiem, tarczami naszymi osłaniać ich od strzelców i pod bramę podprowadzić celem jej wybicia, a potem z pomocą plutei dać wejście do zamku.
Jake, sprytnym jako lis będąc, odłożył część zapłaty i planu swego na szturm nie chciał się ze mną dzielić; nakazał jedynie, bym, poznawszy plany Czechów co do obrony, a owe plany jemu przekazał.
Po powrocie do obozu poprosiłem jednego z Czechów, by Tomasowi i Katzensteinowi wiadomość moją donieśli, ażeby owi czem prędzej do mnie przybieżeli.
Niebawem zjawił się Tomasz, który rzekł mi, iż pan turyński tak zmęczony był bitwą, że na spoczynek się udał. Prosiłem go tedy do namiotu Tomasza z Tucholi, będąc w obawie iż mój własny namiot może być obserwowany przez wrogów. W środku, wyjąłem jedną z monet, którą od Saksończyków otrzymałem, i pokazałem mu ją, a następnie rzekłem o propozycji, jaką mi przedłożono.
Czech ów nieco się przestraszył, bo sam był jeno bez żadnej straży i w namiocie ze mną i ludzmu memi siedział; zapewniłem go jednak o naszej przyjaźni ku niemu i ku sprawie, i przedstawiłem plan udanej zdrady, mający oszukać Saksończyków i przynieść nam przewagę. Pomysł ów przypadł mu do gustu i przyjął go z namysłem.
Wspomniałem także Tomasowi o niedotrzymaniu obietnicy ze strony von Katzensteina: pieniędzy obiecanych nam jeszcze nie dostałem, a ludzie moi spragnieni byli i piwa i srebra. Czech przyjął skargę moją z powagą i obiecał, iż piwem się zajmie, a Katzensteinowi przypomni o obietnicach.
Ustaliliśmy, iż o świcie następnego dnia zebrać się mamy na naradę, by omówić dokładnie szczegóły obrony. Nim jeszcze noc padła, Czesi przysłali dla nas piwo, by napoić ludzi moich i dodać im otuchy; dar ten przyjęliśmy z wdzięcznością, albowiem w chwilach przedburzowych małe pocieszenie wiele znaczyć może.
________________________________________
Dnia 21. Septembris, Anno Domini 1475
Przed świtem stawiłem się na naradzie dowódców. Wnet wyjawiło się, iż rota niemiecka chora jest, w nocy wielu z nich na dezenterię popadło; utraciliśmy więc niemało strzelców, a ciężar oblężenia stał się nieznośny. W tejże ciemnej godzinie Tomas, inni dowódcy czescy, Austriak Christoph i sam Katzenstein poznali plan mój o udawanej przemianie na stronę wroga. Burgrabia zaś obiecał udawać wielkie oburzenie i przyjąć akt zdrady z pozorami gniewu, a równocześnie podtrzymał obietnicę sowitego wynagrodzenia tak iż miało nam to wyjść lepiej niźli ugoda z Saksonią. Rzekłem też, iż by nie zdradzać osłabienia naszych sił spowodowanego nieobecnością Niemców, przekażę Saksończykom, iże ci wysłani zostali, by ich tyły nękać; miało to sprowadzić ich ku rozłamowi i dania rot, które Niemców szukać lub przed nimi strzec się będą. Tak tedy uczyniłem i Saksończykom przekazałem fałszywy plan obrony, zgodnie z ustaleniem naszym.
Po świcie, na rozdrożu, które wraz z rotą moją pilnowałem, stanęli Saksończycy pod wodzem Charlesa. Przywitałem go więc z pozorem serdeczności, mówiąc, iż rad jestem dalszej wspólnej wojnie a radość wśród ludzi ich wielka wybuchła. Nieco później zjawił się Jake i ku memu zdumieniu wręczył mi drugą część zapłaty, przewiązaną szarfą w saksońskich barwach. Aby przeciwnika w mym rzekomym zamiarze utwierdzić, przypiąłem ją do mej kurty. Charles potem z oddziałem w las ruszył by Niemców odnaleźć z czego radość moja wielka była. Wracając do roty mej, ujrzałem dobosza Tomasza z twarzą ponurą, któren to w noc poprzednią w czeskim piwie się zanurzył tak, iż nie dostała doń wieść o owej fałszywej zdradzie; tenże był znany z miłości ku Czechom tak dalece, iż w poprzednim boju do czeskiej roty się zapisał i przeciw własnym walczył, i odtąd zwało go się Judaszem z Táboru. Przeto myśl, iżbyśmy porzucili Czechów, bardzo go dręczyła i ciężko mu na sercu leżała.
Przy zamku tedy rozstawiłem rotę moją, by Saksończyków osłoniła przy wyważaniu bramy; obrońcy byli pouczeni, by strzelać nam w tarcze lub pod nogi, my zaś mieliśmy celować w mury. Katz von Katzenstein nie szczędził nam wyzwisk i obelg, a praca przy bramie Saksończykom szła nadzwyczaj sprawnie. Jake zaś kazał nam stanąć za nimi, abyśmy gotowi byli wejść klinem tuż po upadku bramy.
Gdy brama padła, Tomasz Czech wbiegł na blanki i zawołał słowo jedno — „Kretek”. Było to słowo umówione uprzednio, znak powrotu naszego pod sztandary Katzensteina. Z Czechem wybraliśmy to hasło, bo kretek był bohaterem znanej w Polsce czeskiej powiastki dla dzieci, a mianem tym Tomas bywał przez lata dziecięstwa swego zwany; nadto w mowie naszej „mieć kreta” znaczy czasem mieć wśród swych szpiega lub zdrajcę. Ledwieśmy posłyszeli to hasło, z ochotą ruszyliśmy ku tyłom Saksończyków, nucąc z weselem żołnierską pieśń barda Kazika.
W owym ataku ogromnie dziesiętnik nasz Igor z Niekli się zasłuzył własnoręcznie dowódcę Saksończyków, Jaka ujmując. Charles, krążąc z oddziałem strzelców wszesł na tyłe nasze, nie spostrzegł jednak zmiany oblicza bitwy i był nieświadom zdrady. Poprosił mnie tedy, abym przydzielił mu ludzi ku ochronie jego kuszników; na pozór przyjaźni posłałem mu Radosława z przydomkiem Młot i Jakuba Niemca z zadaniem, by po cichu wystąpili przeciw jego oddziałowi, zachowując wszakże pozory serdeczności. Sam z kolei poprosiłem Charlesa, by poszedł ze mną, a zaprowadzę go przed Jake’a; Saksończyk, ufając mi, poszedł bez broni. Tam mu rzekłem prawdę iżśmy wierni Katzensteinowi, a lud jego właśnie wyrzynany bywa, a on sam w niewolę trafił. Tak też Charles wpadł w nasze ręce i został oddany w pieczę zamkowym.
Po utracie tedy dwóch swych wodzów siły Saksończyków osłabły wielce i rychło do rokowań przystąpili. W rozmowach tych towarzyszyłem Konradowi Katzowi von Katzenstein i rotmistrzowi Tomasowi. Z całego grona dowódców saksońskich jeno oficer Mitchel wolnym się jeszcze ostał.
Gdy mężowie negocjowali zawieszenie broni i zwrot zamku zachodniego w zamian za wolność Jaka, przypomniałem głośno o obietnicach, jakie tenże mi czynił, o tytułach i ziemiach, które w imieniu księcia Wilhelma przyrzekał. Wzmianka ta wesołość Czechów wzbudziła, a gniew w sercach Saksończyków.
Gdy wreszcie Jake wolno puszczony został, Czesi nie omieszkali szyderstwem dopiec, przypominając Saksończykom, iż oddali wszystko za zwrot jednego oficera, drugiego zaś pozostawiwszy w mocy obrońców. Wówczas, w pokazie wielkoduszności, Katzenstein obiecał Jakowi wypuszczenie Charlesa za słowo rycerskie i okup należyty.
Gdy wróg uchodził jam stał na blankach i patrzył na odchodzących, szarfą darem od samego Jaka ku nim machając. Gdy Saksończycy zniknęli z pola widzenia, szedłem do pana zamku, by o nagrodzie mówić. W rozmowie tej Katz, wesołym będąc, rzekł, iż mając saksońskie pieniądze, możnym człekiem się stałem. Żalić mu się tedy począłem, iż to jeno kilka marnych groszów. On zaś odparł, że dobrze zna moje „kilka groszy” i że z pewnością na tyle jestem bogaty, by i zamek kupić. Odpowiedziałem mu, iż jeśli obietnicę swą spełni, to może ino na skromną chatę mnie stać będzie, chyba że zna zamek, co za tak lichą cenę idzie w nabycie.
Na to Katz odrzekł, iż tytułu rycerskiego mam się nie obawiać, bo on sam się sprawą tą zajmie, a nadto, że da mi zamek zachodni za siedzibę i pieniężnie mnie wspomoże ku jego odbudowie. Rozeszliśmy się tedy w przyjaźni.
Po powrocie do obozu rozkazałem przesłać sto srebrnych szelągów, które dawniej w służbie u Krzyżaków otrzymałem, do Jaka — aby dawni towarzysze broni nie chowali urazy, a droga ich do ojczyzny nie była głodna.
Z drugiej wyprawy do krajów niemieckich
Anno Domini MCDLXXV
________________________________________
Dnia 18. Septembris, Anno Domini 1475
Po ustaniu zatargu między Turyńczykami a Saksończykami zwolnieni byliśmy ze służby u Wilhelma pana saksońskiego. Z żołnierstwem mem przez czas jakiś błąkaliśmy się po ziemiach niemieckich. Gdy tedy wieść do nas doszła, iż zgoda między zwaśnionymi znów pęka i walki wznowione być mogą, udaliśmy się ku naszemu mocodawcy chętni służyć dalej Saksończykom. Lecz ów, imieniem Jake Benoadenhent, dowódca Saksończyków, nas przyjąć nie raczył.
Ponieważ sakiewki nasze próżnieć zaczęły, zwróciliśmy się do Krystofa Czecha, jednego z dowódców rot czeskich. Tenże chętnie na warunki nasze przystał i kazał niezwłocznie udać się do Turyngii oraz stawić się przed rotmistrzem Pavlem.
Pod wieczór dnia osiemnastego września przybyliśmy pod zamek brandenburski w Lauchroden tenże sam, któregośmy nieudolnie oblegali w czasie poprzednich zatargów. Tamże stawiłem się przed obliczem poleconego rotmistrza, ten nam miejsce obozu wyznaczył i przez żołnierza swego, Mike’a, posłał zaliczkę ku poczetowi służby naszej.
________________________________________
Dnia 19. Septembris, Anno Domini 1475
Rankiem zjawił się w obozie naszem sam Konrad Katz von Katzenstein z rotą knechtów niemieckich, kuszami i kordami uzbrojonych. Zastał nas przy posiłku i przy reperowaniu zbroi. Przybył po pieniądze, które od Czechów otrzymałem; pytał, ile mi dano, i żądał, bym je mu oddał, aby on je sprawiedliwie podzielić mógł, gdyż ponoć bez wiedzy jego czesi je wzięli.
Rzekłem mu tedy prosto, iż dali nam jedynie kilka groszów, skromną zaliczkę i zwrot kosztu drogi, a dokładna suma jest rzeczą moją prywatną, nie zaś rzeczą jego. Gdy Katzenstein, nie ustępując, naciskał, ażebym wyłożył mu każdy grosz, odrzekłem ostro, by się od mego mienia odczepił i pilnował własnych interesów. Zapytawszy mnie, czy wiem, z kim rozmawiam, odparłem, iż owszem wiem, lecz dla mnie to rzecz małej wagi bo Czechy nam płacą, nie on, jeśli tedy pragnie wierności mojej, niechaj zapłaci mnie i ludzi moich, albowiem za zapłatą przychodzi i wierna służba.
Słowa te nie spodobały się wielkiemu panu wcale. W gniewie chwycił ku mieczowi, i sztychem się na mnie zamierzył, lecz szczęściem dlań klinga jeszcze w pochwie złożona była. Pochwyciłem tedy i odrzuciłem schowane ostrze, a pospołu z tym chwyciwszy miecz i pawęż jednego z ludzi moich, zawołałem głośno, iż jest złodziejem i że nie pozwolę, aby mnie kto obrabował lub znieważył w obozie moim.
Lud mój natychmiast porwał, co kto miał pod ręką, i ruszył ku mnie, szczęk broni, krzyk i gniew z miejsca rozbrzmiały wśród namiotów; sytuacja zgęstniała i blisko już było do rozlewu krwi. Na szczęście wtem przybył rotmistrz czeski Pavel, a ujrzawszy go, Niemce szybko wezwali go na świadka, a mąż ten rozważny, gniew ostudził i do ugody między mną a von Katzensteinem doprowadził.
Niedługo potem zwiadowcy donieśli, iż wojska nieprzyjacielskie zbliżają się ku zamkowi, i tedy zamiast waśni między sojusznikami należało się szykować ku bitwie; spór uśpiono więc dla wspólnej obrony, a my zabraliśmy się do przygotowań.
Poszliśmy tedy ku zamkowi, by radzić się nad taktyką starcia z nieprzyjacielem. Na naradzie, oprócz Konrada Katze von Katzenstein i rotmistrza Pavla, stawili się z naszej strony Czech Mike (co mnie zaliczkę przywiózł), rotmistrz strzelców niemieckich Christoph oraz rotmistrz austriackich knechtów Christophe. Burgrabia z rotmistrzami wszakże sądzili, iż honor i rycerskie obyczaje wodzów saksońskich sprawią, iż pozwolą nam rozstawić nasze wojska i przyjąć walną bitwę; i tak ułożono plan prosty, acz śmiały: hufiec Czechów miał być młotem, my mieliśmy służyć jako kowadło, Niemce prawą flanką, Austriacy zaś odwodami.
Po naradzie wróciliśmy do obozu, by przysposobić wojsko do bitwy. Jako że nie ufałem sprytowi Jaka i Arnego, dowódców Saksońskich, a ich chytre obyczaje poznałem podczas poprzednich działań, posłałem kusznika Daniela z Runowa z powrotem na zamek, by obserwował pole na którym potykać nam się przyjść miało. Zwiadowca wrócił z wieścią, iż wróg stoi nie w poprzek pola jak zakładali czesi, lecz na wzniesieniu pozycja ta była dogodna dla nieprzyjaciela; rotmistrz Pavel jednakże rozkazał wymarsz jedynie ze zmianą kierunku natarcia.
Po naradzie wróciliśmy do obozu, by przygotować wojsko do potyczki. Jako żem nie ufał łaskawości Jaka i Arnego, wodzów saksońskich, bo ich chytre obyczaje poznałem w czynach wcześniejszych, strzelca Daniela z Runowa z powrotem na zamek posłałem, aby bacznie obserwował pole, na którem nam przyszło będzie walczyć. Człek ten wrócił z wieścią, iż wróg nie stoi w poprzek pola, jakże sądzili Czesi, lecz na wzniesieniu; pozycyja ta dawała saksończykom przewagę wielką. Rotmistrz Pavel jednakże, mąż roztropny i stanowczy, rozkazał wymarsz bez zwłoki, tylko kierunek natarcia miał być zmienion, i tak gotowi szliśmy zgodnie z poruczeniem.
Na szpicy mego hufca posłałem Marjusza z Runowa, by zwiadował i donosił wszelkie przeszkody. Weszliśmy do lasu i szliśmy wąską drogą pod górę, gdy zwiad doniósł, iż na górze zasadzili się na nas strzelcy wroga. Przodem wysłałem trzech pawężników dla osłony; droga była tak wąska, że trzech wystarczyć miało. Poprosiłem Christopha, by dał kilku Niemców z kuszami na wsparcie. Ruszyliśmy powoli, mieniając się bełtami z nieprzyjacielem.
Gdy prześwit się ukazał i pole otworzyło przed oczyma naszemi, posłałem tam Marijusza, aby pozycję nieprzyjaciela wybadał. Ten rychło powrócił, niosąc wieść, iż droga zawarta była przez oddział niewielki, acz w odwodzie był i następny. Poradziłem tedy rotmistrzowi Pavlowi, aby jego rota wybiegła prześwitem i przepłoszyła przeciwnika; za Czechami podążyłem z ludźmi swemi, a za nami ciągnęli Niemce i Austriaki. Rozstawiliśmy się na polu podług planu i ruszyliśmy naprzód ku nieprzyjacielowi.
Strzelców wroga, co z góry gradami bełtów na nas spadali, cofnęliśmy mocnym naporem; lecz gdyśmy weszli na wzniesienie, ujrzałem po stronie prawej dwie kolejne roty nieprzyjaciela, które ku naszej flance się zbliżały. Doniosłem o tem Pavlowi, a on nakazał rotom czeskim szarżę na stojący wyżej hufiec nieprzyjacielski. Gdy Czesi w górę biegli, z góry runął na nas inny hufiec wroga, a obie prawe roty uderzyły w bok nasz. Rotę moją obróciłem, by cios odeprzeć, lecz przewaga pozycji i liczby była po stronie Saksończyków. Wtem na tyły nasze jazda nieprzyjacielska natarła, co całkiem pobiło szyki nasze i zmusiło nas do odwrotu ku zamkowi. W potyczce owej ciężko ranny został Marcin, którego zwali Szewcem: lewa ręka jego rozszarpana była srodze, i boleść tę aż po dzień dzisiejszy nosi.
Gdy zmierzchło na zamek zawitał Tomas s Pragi, co przednio komendę nad wojskiem Turyngii sprawował; kazał on, by listy po posiłki słać, a zadanie to Austriakowi Christophowi i jego knechtom powierzył. Po powrocie do obozu spotkałem dziesiętnika mego, Igora z Niekli; jemu bezpieczeństwo obozu powierzone było, a hasło dnia przekazałem, by Niemców i Austrijaków z listami poza obóz puścić.
________________________________________
Dnia 20. Septembris, Anno Domini 1475
Z rana, na radzie przyszły do nas wieści, iż wróg ruchy wojski w okolicy zamku poczynił; powiedziano nam także, iż dziś Saksończykom przybędą posiłki z bronią, prowiantem i pieniądzem. Rozkazy tedy brzmiały okolice patrolować, ciężkich i ryzykownych starć unikać kiedy można, a mniejsze oddziały wroga poławiać i rozbijać. Przed południem mieliśmy zebrać się z Czechami, Niemcami i Austriakami blisko miejsca, gdzie wróg rozstawił wagenburg by współ go przejąć.
Przewidując trud i możliwe uciążliwości walk, a znając dobrze teren, postanowiono, iż patrolować pójdziemy nie w pełnej zbroyi, lecz w hełmach jeno i z bronią przy boku; stoły nasze przerobić mieliśmy na pluteje, by dały nam większą ochronę i ułatwiły podejście ku wrogowi. Zleciłem tę pracę Robertowi, cieśli w rocie; z nim wysłałem Dawida z Krakowa i Jana ze Świdwina z Mają.
W pobliskiej wiosce napotkali oni człeka imieniem Bärt, co wóz i konia Rufusa miał, a za drobną opłatą zgodził się ów wóz z plutejami podwieźć blisko wagenburga. Broń zaś ukryć mieli w wozie i udawać kupców, niosąc wielki zapas wody na sprzedaż tak, by nie wzbudzać podejrzeń i by swobodnie podjechać ku miejscu przewidzianemu.
Wyruszyliśmy tedy okolice stróżować. Prędko do pierwszego punktu doszliśmy, lecz jako schodziliśmy ku drugiemu, zwiadowca mój doniósł, iż na dole zastawiony jest oddział piechoty mocno uzbrojonej, a także jazda przy nim stoi. Wycofaliśmy się tedy mijając ich skrajem lasu, ruszyliśmy ku miejscu, gdzie wagenburg powinni postawić. A tamże droga również zamkniętą była. Nie chcąc sił naszych nadwerężać, obrałem drogę przez gęsty las, po stromym zboczu, aby między dwoma zgrupowaniami nieprzyjaciela się przedrzeć.
Na krańcu lasu obaczyliśmy z lewej strony rotę piechoty, która nam wcześniej drogę zagradzała; z prawej zaś stała jazda, której barw spostrzec nie mogliśmy. Marijusza posłałem tedy, aby naturę jej rozpoznał i, gdyby nasi byli, by im propozycję wspólnego uderzenia zaniósł.
Gdy wrócił z wieścią, iże to nasza jazda pod wodzem Janem z Warszawy, radość wielka w sercach naszych zrodziła się, i na znak nasz jazda oto ruszyła, by uderzyć wroga. Saksończycy zaczęli się wycofywać; pod naporem naszej siły uciekli ku lasowi. Jazda drogą ku wagenburgowi poszła, my zaś krótszą ścieżką przez las ruszyliśmy aby ich wesprzeć, wagenburg zaś był obsadzony siłą piechoty i zebraną jazdą.
Gdyśmy spostrzegli, iż jazda Jana z Warszawy ku wagenburgowi się wyłania, wyszliśmy z lasu, by wspólnie sił przeciw nieprzyjacielowi próbować. Lecz rychło zepchnięci zostaliśmy przez ich jazdę z powrotem w gęstwę lasu, gdzie jeszcze jeden oddział piechoty stanął przeciw nam.
Korzystając z zawieszenia broni, które po kilku potyczkach panowie rycerze zgodnie ogłosili, ustawiliśmy się po drugiej stronie polany, planując przecisnąć się na tyły nieprzyjaciela i tam spotkać się z naszymi kupcami. W temże momencie nadciągnęły roty obu Christophów; Czesi zaś byli niewidoczni. Jazdy zderzyły się w potyczce; zarówno nasza konnica, jako i saksońska zaczęły się wycofywać — a my zostaliśmy wobec przeważających sił wroga.
Rzekłem tedy sojusznikom o zamiarze przejścia na tyły nieprzyjaciół, by pluteję odebrać; a ci zgodzili się pójść z nami. Gdy mijaliśmy wagenburg, Saksończycy szydzili i trudno było powściągnąć chęć chwycenia broni; lecz rozum przeważył nad gniewem. Z Niemcami i Austryjakami dotarliśmy na drogę przed wozem z przesyłką, który ku szczęściu naszemu niebawem przybył.
Stawiwszy pluteje pod wagenburg, gońca do Czechów słaliśmy; ci przybyli w porę i wespół przypuściliśmy pierwsze natarcie, mające przeciwnika przestraszyć. Po ówczesnym uderzeniu rota moja z plutej, pod osłoną tarcz, przeszła na lewe skrzydło Czechów; stamtąd uderzyliśmy znów. Siła wojsk naszech pogrom obrońcom wagenburga przyniosła tak, iż wielka ich część poległa, niektórzy uciekli, zaś garstka, która we wnętrzu była, twierdziła, iż honor nakazuje im bronić się do końca żywota. Czesi wdarli się do środka i tak im ten honor oddali.
Czechom zaś pomogli ci z nas, którzy najgorętszą krew mieli. Babij z Lubowidza, Jakub zwany Niemiec i Tomasz zwany Matulsem pod przewodem Krzysztofa z Torunia wdarli się w szeregi nieprzyjacielskie i wielki tam siali chaos. W ferworze boju prawie kilku Czechów z Saksończykami pomylili — co przy tem poprzednim krwawym zmieszaniu braci nie dziwiło.
Gdy załoga wagenburga wybita została, dzielenić łupy poczeliśmy; lecz rychło nadciągnęły nowe siły saksońskie. Zgodnie z ustaleniami nie weszliśmy do wnętrza wagenburga jego środek za pułapkę śmiertelną uznając, miast tego obstawiliśmy dwa główne przejścia: szersze przejście powierzyli Czesi, Niemce i Austriaki; węższe natomiast nam przypadło.
Gdy siły Saksończyków wyszły spod drzew, napotkaliśmy przed sobą Włochów; ich oficer przyszedłszy usiłował nas sprowokować, a nawet wzywał bym do zapasów z nim stanął. Nie bacząc na to, rzekłem, iż chętnie kupię ich służbę, i za taką propozycją Włosi ku drzewom czmychnęli. Wkrótce potem przyszedł do mnie Tomas Czech z prośbą, kilku ludzi mu kazałem posłać pod przewodem Jakuba z Piotrkowa, by mu pomoc dali.
Italczycy znów wyszli i część ich wtargnęła na tylne nasze szeregi; tedy posłałem kilku chłopaków pod wodzą Tomasza s Lublina, aby im się przeciwstawić i wyrżnąć ich nim schronią się w lasach.
Jarosław s Mazowsza przeszukał miejsce i doniósł, iż reszta Włochów wraz ze wspierającymi ich Saksończykami się wycofała; to zaś pozwoliło nam obejść zarośla i uderzyć na flankę nieprzyjaciela. Czesi wtem ruszyli w szarży z okrzykiem, a my ich z boku docisnęliśmy aż do samej krawędzi lasu, a chaos znów wdarł się w ich szeregi.
W tejże bitwie zasłużył się wielce Daniel s Malborka, któren nie bacząc na to, iż poza linią nieprzyjaciela był, czterech Saksończyków pogonił i ich powalił. Wróg wpadł w niedolę wielką i wnet zaczął prosić o odstęp i negocjować odwrót. Po starciu Konrad Katz von Katzenstein przyszedł ku mnie, chwaląc męstwo mej roty, obiecał dodatkowe pieniądze i piwo na wieczór w podzięce. W dobrem tedy humorze wróciliśmy do obozu i zabraliśmy się do przyrządzania strawy.
Ledwo jadła skosztowawszy, nadszedł posłaniec od Tomasa z Czechów, iż Saksończycy nadciągają z nowymi siłami ku zamkowi. Prędko tedymśmy broń pochwicili i ruszyliśmy pod zamek zachodni; tam spotkaliśmy Czechów, Niemców i Austriaków. Nam zadanie dano byśmy drogę do wschodniego zamku stróżowali i gdyby wróg przedarł się przez naszych pomoc im dali.
Saksończycy długo nie kazali na się czekać; rychło ruszyli naprzód, lecz napór ich zatrzymała dzielna pika czeska i grad bełtów niemjeckich na skrzyżowaniu dróg. Gdy siły germańskie osłabły, pospieszyliśmy im w pomoc częścią roty naszej, uderzając z flanki w godzinie, gdy Czesi z przodu parli. I tak spuszczony został wróg z góry na dół wzgórza. Potem tedy powróciliśmy do zamku wschodniego, albowiem w zachodnim została jeno garść załogi.
A gdyśmy na wzgórze dotarli, Saksończycy artylerię swą rozstawili i na ostrzał zamek wschodni więli. Sami zaś rozbili obóz pod wzgórzem; jedli, pili i poczywali, gdy my nękani byliśmy kulami z dział. Widok ten wielce żołnierzy moich drażnił, a znużenie wzrastało, tak iż wielu snem ciężkim usnęło.
Gdy straże czujne doniosły, iż wróg ku nam podchodzi, obudziłem rotę moją; źli byli okrutnie od niewyspania i głodu. Kazałem im skryć się z pluteją za wieżą zamku, by w zasadzce trwać. A gdy Saksończycy blisko podeszli, rozgorzała wymiana bełtów z obrońcami stojącymi na murach. Żołnierze moi palili się do bitwy, pragnąc spuścić saksońskiej krwi.
Po znaku, który Tomas dał, wyprowadziłem rotę zza wieży i spuściłem psy wojny. W furii wielkiej żołnierze moi popchnęli Saksonów w dół z drogi, a ja musiałem ich hamować, by nadgorliwość w pułapkę nas nie wiodła. Potem wieść doszła, iż Saksończycy zachodni zamek przejęli i tamtejszą nieliczną załogę krwawo wybili. Do zamku zachodniego tedy się cofnęli i do obozu niżej rozłożonego. My zaś straż zostawiliśmy na drodze, a sami z kilkoma Czechami do obozu powróciliśmy.
Na wieczornej naradzie postanowiono, iż trzeba nieprzyjaciela pozbawić dział i prochu, bo ostrzał szkody w murach znaczne poczynił. Austryjak Christoph znów podjął się nocnej wycieczki.
Tedy, gdy z narady powróciłem, przy namiotem mem stał Michał s Gdańska z wieścią, iż posłaniec od Jaka przyszedł, a dziesiętnik nasz Igor rozkazał, by go przetrzymać pod strażą, bo nic mówić nie chce, ino że chce się ze mną widzieć. Nakazałem tedy, by go przyprowadzono; i oto pachołek miał dla mnie list, w którem pan jego wspominał nasze wspólne walki w czasie poprzedniego zatargu i zachęcał mnie do przejścia na stronę Saksończyków obiecując w imię księcia Wilhelma ziemie i tytuły dla mnie, a jako wyraz miłości i hojności pana saksońskiego dorzucając jeszcze sto srebrnych groszów. Taką to propozycję, zważywszy na czyny nasze, odebrałem jako ujmę i znieważenie.
Posła wpuściłem i żołnierzom Ksaweremu i Danielowi Czarnemu poza obóz odprowadzić kazałem. Następnie posła do Kapitana Saksończyków słałem, by rzekł mu, iż nie mniej niż trzysta groszów na głowę muszą nam Saksończycy zapłacić.
Gdy posłaniec mój do nieprzyjaciela chodził, zebrałem pozostałych dziesiętników, by z nimi propozycję omówić; poza Maciejem s Lęborka wszyscy byli za pozostaniem z Turyngią, lecz zdawali się na moją decyzję i czekali, co rzeknę.
Gdy człek mój wrócił rzekł, iż Saksończycy skłonni są zapłacić jeno połowę żądanej stawki, poleciłem mu, by umówił mi widzenie z Jakem. Saksończyk ów przyjął mnie do namiotu swego, a tam wynegocjowałem sumę dwustu groszy, połowa miała być dana z góry, połowa po wykonaniu roboty. Ustaliliśmy też warunki w zależności od taktyki, którą przyjmie Czech, czy ostawi nas na drodze, czy cofnie do zamku, że wykonam zadanie dla Saksończyków.
Gdyby nas cofnięto do zamku, miałem z moimi ludzmi zastawić bramę i potem, udając popłoch, uczynić zamieszanie w czeskich szykach, rozproszyć je i w ten sposób Saksończykom drogę do zamku otworzyć. Jeśliby zaś rota moja miała pozostać na drodze, mieliśmy tam spotkać się z nowym sojusznikiem, tarczami naszymi osłaniać ich od strzelców i pod bramę podprowadzić celem jej wybicia, a potem z pomocą plutei dać wejście do zamku.
Jake, sprytnym jako lis będąc, odłożył część zapłaty i planu swego na szturm nie chciał się ze mną dzielić; nakazał jedynie, bym, poznawszy plany Czechów co do obrony, a owe plany jemu przekazał.
Po powrocie do obozu poprosiłem jednego z Czechów, by Tomasowi i Katzensteinowi wiadomość moją donieśli, ażeby owi czem prędzej do mnie przybieżeli.
Niebawem zjawił się Tomasz, który rzekł mi, iż pan turyński tak zmęczony był bitwą, że na spoczynek się udał. Prosiłem go tedy do namiotu Tomasza z Tucholi, będąc w obawie iż mój własny namiot może być obserwowany przez wrogów. W środku, wyjąłem jedną z monet, którą od Saksończyków otrzymałem, i pokazałem mu ją, a następnie rzekłem o propozycji, jaką mi przedłożono.
Czech ów nieco się przestraszył, bo sam był jeno bez żadnej straży i w namiocie ze mną i ludzmu memi siedział; zapewniłem go jednak o naszej przyjaźni ku niemu i ku sprawie, i przedstawiłem plan udanej zdrady, mający oszukać Saksończyków i przynieść nam przewagę. Pomysł ów przypadł mu do gustu i przyjął go z namysłem.
Wspomniałem także Tomasowi o niedotrzymaniu obietnicy ze strony von Katzensteina: pieniędzy obiecanych nam jeszcze nie dostałem, a ludzie moi spragnieni byli i piwa i srebra. Czech przyjął skargę moją z powagą i obiecał, iż piwem się zajmie, a Katzensteinowi przypomni o obietnicach.
Ustaliliśmy, iż o świcie następnego dnia zebrać się mamy na naradę, by omówić dokładnie szczegóły obrony. Nim jeszcze noc padła, Czesi przysłali dla nas piwo, by napoić ludzi moich i dodać im otuchy; dar ten przyjęliśmy z wdzięcznością, albowiem w chwilach przedburzowych małe pocieszenie wiele znaczyć może.
________________________________________
Dnia 21. Septembris, Anno Domini 1475
Przed świtem stawiłem się na naradzie dowódców. Wnet wyjawiło się, iż rota niemiecka chora jest, w nocy wielu z nich na dezenterię popadło; utraciliśmy więc niemało strzelców, a ciężar oblężenia stał się nieznośny. W tejże ciemnej godzinie Tomas, inni dowódcy czescy, Austriak Christoph i sam Katzenstein poznali plan mój o udawanej przemianie na stronę wroga. Burgrabia zaś obiecał udawać wielkie oburzenie i przyjąć akt zdrady z pozorami gniewu, a równocześnie podtrzymał obietnicę sowitego wynagrodzenia tak iż miało nam to wyjść lepiej niźli ugoda z Saksonią. Rzekłem też, iż by nie zdradzać osłabienia naszych sił spowodowanego nieobecnością Niemców, przekażę Saksończykom, iże ci wysłani zostali, by ich tyły nękać; miało to sprowadzić ich ku rozłamowi i dania rot, które Niemców szukać lub przed nimi strzec się będą. Tak tedy uczyniłem i Saksończykom przekazałem fałszywy plan obrony, zgodnie z ustaleniem naszym.
Po świcie, na rozdrożu, które wraz z rotą moją pilnowałem, stanęli Saksończycy pod wodzem Charlesa. Przywitałem go więc z pozorem serdeczności, mówiąc, iż rad jestem dalszej wspólnej wojnie a radość wśród ludzi ich wielka wybuchła. Nieco później zjawił się Jake i ku memu zdumieniu wręczył mi drugą część zapłaty, przewiązaną szarfą w saksońskich barwach. Aby przeciwnika w mym rzekomym zamiarze utwierdzić, przypiąłem ją do mej kurty. Charles potem z oddziałem w las ruszył by Niemców odnaleźć z czego radość moja wielka była. Wracając do roty mej, ujrzałem dobosza Tomasza z twarzą ponurą, któren to w noc poprzednią w czeskim piwie się zanurzył tak, iż nie dostała doń wieść o owej fałszywej zdradzie; tenże był znany z miłości ku Czechom tak dalece, iż w poprzednim boju do czeskiej roty się zapisał i przeciw własnym walczył, i odtąd zwało go się Judaszem z Táboru. Przeto myśl, iżbyśmy porzucili Czechów, bardzo go dręczyła i ciężko mu na sercu leżała.
Przy zamku tedy rozstawiłem rotę moją, by Saksończyków osłoniła przy wyważaniu bramy; obrońcy byli pouczeni, by strzelać nam w tarcze lub pod nogi, my zaś mieliśmy celować w mury. Katz von Katzenstein nie szczędził nam wyzwisk i obelg, a praca przy bramie Saksończykom szła nadzwyczaj sprawnie. Jake zaś kazał nam stanąć za nimi, abyśmy gotowi byli wejść klinem tuż po upadku bramy.
Gdy brama padła, Tomasz Czech wbiegł na blanki i zawołał słowo jedno — „Kretek”. Było to słowo umówione uprzednio, znak powrotu naszego pod sztandary Katzensteina. Z Czechem wybraliśmy to hasło, bo kretek był bohaterem znanej w Polsce czeskiej powiastki dla dzieci, a mianem tym Tomas bywał przez lata dziecięstwa swego zwany; nadto w mowie naszej „mieć kreta” znaczy czasem mieć wśród swych szpiega lub zdrajcę. Ledwieśmy posłyszeli to hasło, z ochotą ruszyliśmy ku tyłom Saksończyków, nucąc z weselem żołnierską pieśń barda Kazika.
W owym ataku ogromnie dziesiętnik nasz Igor z Niekli się zasłuzył własnoręcznie dowódcę Saksończyków, Jaka ujmując. Charles, krążąc z oddziałem strzelców wszesł na tyłe nasze, nie spostrzegł jednak zmiany oblicza bitwy i był nieświadom zdrady. Poprosił mnie tedy, abym przydzielił mu ludzi ku ochronie jego kuszników; na pozór przyjaźni posłałem mu Radosława z przydomkiem Młot i Jakuba Niemca z zadaniem, by po cichu wystąpili przeciw jego oddziałowi, zachowując wszakże pozory serdeczności. Sam z kolei poprosiłem Charlesa, by poszedł ze mną, a zaprowadzę go przed Jake’a; Saksończyk, ufając mi, poszedł bez broni. Tam mu rzekłem prawdę iżśmy wierni Katzensteinowi, a lud jego właśnie wyrzynany bywa, a on sam w niewolę trafił. Tak też Charles wpadł w nasze ręce i został oddany w pieczę zamkowym.
Po utracie tedy dwóch swych wodzów siły Saksończyków osłabły wielce i rychło do rokowań przystąpili. W rozmowach tych towarzyszyłem Konradowi Katzowi von Katzenstein i rotmistrzowi Tomasowi. Z całego grona dowódców saksońskich jeno oficer Mitchel wolnym się jeszcze ostał.
Gdy mężowie negocjowali zawieszenie broni i zwrot zamku zachodniego w zamian za wolność Jaka, przypomniałem głośno o obietnicach, jakie tenże mi czynił, o tytułach i ziemiach, które w imieniu księcia Wilhelma przyrzekał. Wzmianka ta wesołość Czechów wzbudziła, a gniew w sercach Saksończyków.
Gdy wreszcie Jake wolno puszczony został, Czesi nie omieszkali szyderstwem dopiec, przypominając Saksończykom, iż oddali wszystko za zwrot jednego oficera, drugiego zaś pozostawiwszy w mocy obrońców. Wówczas, w pokazie wielkoduszności, Katzenstein obiecał Jakowi wypuszczenie Charlesa za słowo rycerskie i okup należyty.
Gdy wróg uchodził jam stał na blankach i patrzył na odchodzących, szarfą darem od samego Jaka ku nim machając. Gdy Saksończycy zniknęli z pola widzenia, szedłem do pana zamku, by o nagrodzie mówić. W rozmowie tej Katz, wesołym będąc, rzekł, iż mając saksońskie pieniądze, możnym człekiem się stałem. Żalić mu się tedy począłem, iż to jeno kilka marnych groszów. On zaś odparł, że dobrze zna moje „kilka groszy” i że z pewnością na tyle jestem bogaty, by i zamek kupić. Odpowiedziałem mu, iż jeśli obietnicę swą spełni, to może ino na skromną chatę mnie stać będzie, chyba że zna zamek, co za tak lichą cenę idzie w nabycie.
Na to Katz odrzekł, iż tytułu rycerskiego mam się nie obawiać, bo on sam się sprawą tą zajmie, a nadto, że da mi zamek zachodni za siedzibę i pieniężnie mnie wspomoże ku jego odbudowie. Rozeszliśmy się tedy w przyjaźni.
Po powrocie do obozu rozkazałem przesłać sto srebrnych szelągów, które dawniej w służbie u Krzyżaków otrzymałem, do Jaka — aby dawni towarzysze broni nie chowali urazy, a droga ich do ojczyzny nie była głodna.